Moje zdjęcie
To, co uchwycone między poranną kawą, a senną przymkniętą powieką.

sobota, 16 lipca 2011

Bruksela - Miasto Zakazów


 Póki co, to właściwie tylko w tymczasowym lokum, które zapewnił mi nowy pracodawca, mogę czuć się jak u siebie. Kiedy tylko zamykam drzwi z drugiej strony, w moje oczy rzuca się następujący anons nagryzmolony belejak, w pośpiechu, afekcie, złości:

"Szanowni lokatorzy!
Każdy z nas ma inny rytm życia. Podczas, kiedy jedni śpią, drudzy nie śpią. Uszanujcie to i nie trzaskajcie drzwiami wejściowymi."

Przy wejściu na klatce schodowej wisi podobny świstek i jeszcze jeden podobny widzę na parterze.

Na tablicy ogłoszeń przy głównym wejściu wiszą inne zniechęcacze:

"Nie rzucać niedopałków do ogrodu. Niedopałki są potencjalnym powodem pożarów."

"Lokatorzy z mieszkania C0: proszę nie słuchać głośno muzyki"

Wychodzę więc na palcach na ulicę, a tam hałas jak w fabryce. Mieszkam na razie 100 metrów od administracyjnej granicy miasta, przy ruchliwej alei, która łączy zielone peryferia z centrum. Jazgot niesamowity, ale ponoć i tak nieporównywalny do tego, który ma miejsce poza sezonem wakacyjnym.

Po drodze do przejścia dla pieszych mijam zespół trawników z powbijanymi na patykach wizerunkami psów przekreślonych na czerwono.

Rzeczywistość biurowa też głównie na zakazach egzystuje. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Nie palić w toalecie. Nie palić na trawniku. Nie palić tu, tam, sram i siam.

Nie przechodzić w tym miejscu. Ani w tamtym. Po tej stronie nie chodzić też.

Przy podpisywaniu umowy najmu mieszkania zostałam pouczona przez panią z agencji nieruchomości:
- ściany są białe i takie mają zostać. A co na to moje plany o turkusowym łuku wokół okna balkonowego?
- obrazów nie wieszać, bo to wymaga wbicia gwoździ. Na moje nieme pytanie "i co kurfa z tego?", uzupełniła rozkaz o wyjaśnienie, iż gwoździe w ścianach pozostawiają dziury. Tak oświecona, wyobraziłam sobie siebie z wiertarą, próbującą usilnie zamontować ciężkie lustro w złotej ramie, które w ramach mojej fanaberii przemierza trasę Kraków - Bruksela.
- umowa zostaje zawarta - i ciesz się kobieto (to o mnie) - że wogóle do tego doszło. Kaucję wysokości 2900 EURO wpłacić na konto do 16 lipca.
- umowa zostaje zawarta na 9 lat. W przypadku zerwania umowy w ciągu najbliższych trzech lat, właścicielowi należy się odszkodowanie.
- w przypadku zniszczeń, rys i innych śladów życia w lokum, kaucja nie zostanie zwrócona.
- w mieszkaniu zostanie zainstalowany czujnik dymu.
Nie wytrzymałam i huknęłam (po angielsku do tego): JAK TO. TO ZNACZY ŻE CO. MAM TU NIE PALIĆ MOŻE JESZCZE? MAM SIĘ TU CZUĆ JAK W DOMU, CZY JAK W WIĘZIENIU? Niedowiarkom potwierdzam: naprawdę się udarłam i aby jeszcze dodać ekspresji mojej wypowiedzi, zamachałam gałęziami. Tutaj już zainterweniował sam Jego Wysokość Właściciel, który dotąd tylko przyglądał mi się spod oka. Zapewnił, że ów czujnik nie jest AŻ TAK czujny. Na stronie, pani z agencji poradziła mi dodatkowo, żebym cichaczem z czujnika wyciągnęła baterię. Czyli oboje zrozumieli, jakie to dla mnie ważne. W pewnych sytuacjach zatem, polecam huknąć. 
- no i cisza ma być, cisza. Nie słuchać muzyki, nie śpiewać pod prysznicem, nie tupać (tu już moja wyobraźnia szaleje). Na koniec jednak zapytałam, czy mogę tu mieszkać. Pani z agencji, rzuciła się zapewniać, że tak, Jego Wysokość Właściciel gruchnął śmiechem. Różnice kulturowe determinują reakcje, voila. Pani jest Holenderką, a Jego Wysokość Właściciel Francuzo-Hiszpanem.



No nie wiem. Bo ja proszę Państwa przyjechałam tu z następującymi priorytetami:

Pierwsze co, to kupuję turkusową farbę i wyostrzam tym samym szarość brukselskiego nieba. Wyciągam kontrast, w sensie. Chodziło mi tylko o to, żebym w tej bylejakości się nie zapadła. Kocham kolory i to one są częścią mojego tła. Nigdzie się bez nich nie ruszam.

Drugie co, to trenuję flamenco przy akompaniamencie "Yermy" Estrelli Morente, na full oczywiście. Czyli tupię, śpiewam i się pocę. Nie wolno.

Trzecie co, to palę sobie ile chcę i czasem niechcący strącę se kieliszek z czerwonym winem, zbryzgując ścianę, podłogę i psa sąsiada. I co z tego, zdarza się. Nie wolno, sąsiad złoży skargę w tutejszej komunie, a kundel poda mnie do sądu.


Mogę się przystosować. Nawet się czasem przy tym uśmiechnę.  

Ale raczej w granicach mojej, a nie tej jakiejś belgijskiej przyzwoitości.
Bo wyście tu wszyscy zapomnieli, że życie jest po to, żeby żyć.




sobota, 9 lipca 2011

Jak dziwnie

Jak dziwnie
Kiedy świat obok tak się jakoś urządził
Że w czworoboku z ogrodem
Stół co jakiś czas się zapełnia ze wszystkich swoich czterech stron

Jak dziwnie
Że u mnie wciąż przestrzeń bez stołu
Ulica codziennie inna
A słońce wschodzi kiedy uzna za stosowne

Jak dziwnie
Że widzę dzielnie podążających wytyczonymi ścieżkami z betonu
A sama na gołym krawężniku siedzę
I szklanym wzrokiem patrzę
Jak przechodzisz na drugą stronę

Jak dziwnie.

poniedziałek, 4 lipca 2011

IDENTIDAD

I – Irracjonalna. Walizka pałęta się po świecie, a mnie wydaje się, że największy związany z tym problem, to brak odżywki do moich sponiewieranych włosów. Jestem odstraszająco pewna, że takiego obiektu w moim bagażu NIE MA. Cierpię dobę i w końcu po długich negocjacjach z obolałą kartą kredytową, kupuję badziewie. Po odzyskaniu dóbr, odkrywam stado odżywek w liczbie trzech i w obecności lustrzanego odbicia uroczyście samą siebie wyzywam od kretynek. 

D – Dupowata. Trudno mi zapanować nad nieopanowaniem. Ciekawość mnie zżera i na tyle obezwładnia, że chcąc się dostać do punktu A z punktu B, ładuję odwłok w pojazd zmierzający w kierunku odwrotnym do zamierzonego. Przeklinając uroczo, wysiadam na zadupiu i błąkam się po okolicznym lesie. Żałuję przy okazji, że nie posiadam przy sobie wysokiej klasy aparatu fotograficznego w celu udokumentowania mojej skonfundowanej facjaty.

E – Empatyczna – Boże, jaka ja jestem miła. Wchodzę do sklepu, a raczej wchodzą moje wyszczerzone zęby. Za nimi wlokę się ja, sterana półgodzinną wędrówką celem nabycia paczki Fortun w kolorze bleu. Uśmiecham się nawet wtedy, kiedy odkrywam ich cenę. Ze względu na różnice kulturowe, które mogłyby doprowadzić do rasizmu, na razie jej nie ujawnię.  

N – Niewiadoma – Nie wiem, co dalej. Po dziś dzień nie wypełniłam formularza celów życiowych. Wiem też, że nigdy tego nie zrobię. I w dupie mam ich assessment.

T – Tajemnica – Skąd przybyłam? Którędy? I czemu akurat tu? Nie wiem, dlaczego, ale póki co, nic a nic mnie to nie obchodzi.  

I – I co dalej? – Wypełnianie formularzy. Setki powtarzających się pytań i wtórnych na nie odpowiedzi. Chaos. A potem biała sukienka, przez ramię przewieszony koszyk z czereśniami na avenue de Louise i mała kafejka. Na stole zapisany po brzegi notes i niebo tak błękitne, jak czyjeś, dawno temu zapomniane, oczy.  

D – Dobrze jest – Bo czemu ma być źle.

A – Analiza – Pochylam głowę nad szczegółami, które nie są moje. Kratki dwoją się i troją. Tęsknie wyglądam za okno, a tam zielono i przezroczysto. Dzielnie wtykam słuchawki do uszu i jeszcze dzielniej maszeruję w stronę oszklonej klatki. „Un Dia voy a ser otra distinta…”

D – Dobranoc. Jestem zmęczona. Czekam jutra. Tego szczęśliwego. Tego, które właśnie zapukało.

piątek, 10 czerwca 2011

Tęsknota

Potocznie rozumiana, psuje krew, wysysa energię.
Z naukowego punktu widzenia – to stan psychiki; może depresja, może melancholia, zagubienie. Zaleca się odwiedzić specjalistę. Potem przeczytać ulotkę. Potem łyknąć, odczekać, aż zrobi się różowo. Nie zapomnieć umyć zębów, zanim euforia odsłoni je w promiennym, pełnym spełnienia uśmiechu.

W kadrach, niedbale rejestrowanych przez obolałą świadomość, to warowanie przy telefonie, który chyba się zepsuł, przyklejone do szyby czoło, która oddziela od wszystkiego co najważniejsze, przewrócony z rozpaczy but, zbyt długo nie podcięte włosy, bo nożyczki płaczą w kącie. Tutaj tylko poezja może być remedium.

W codzienności, tej szarej i kowalskiej, tęsknota to ponoć zwykły ryk. Od zainteresowanego tylko zależy, czy przebieg ów wrzasku odbywa się w trzewiach, czy też obsmarkuje nim wszelkiej maści odbiorców, bardziej lub mniej zainteresowanych dramatem.

Ja natomiast, moją tęsknotę przeżywam we śnie. Niemoc podołania z ów ambarasem moja podświadomość  trawi niezależnie. Ubezwłasnowolniona, nie mam wyjścia, bo ciało nie potrafi już żyć równolegle, może ono też tęskni, może dlatego opada. Nie potrafię ich pogodzić. Zasypiam. 

Śpię od dwóch tygodni. Tak słodko, głęboko, ciężko, nieobecnie. Wszystko, co do tej pory było moim udziałem – tłum na przystanku z rana, pan dozorca o zielonym wiaderku, szef krzyczący-złorzeczący, listonosz z awizem w zębach, komputer co rani oczy – wszystko to gdzieś tam biegnie, w sobie tylko niewiadomym kierunku. Ja w tym samym czasie osłaniam rozgrzaną kruchość chłodną kołdrą. I jest mi tak dobrze. Śnię. Wolna od refleksji, druzgoczącego braku, nieodwracalnej straty. Czasem przyczyny ukazują się we śnie zniekształcone podświadomym pragnieniem, winą, przypuszczeniem, strachem.  Czasem objawiają się konsekwencje, scenariusze radosne, z których emocji oko drga pod powieką. Tak, jakby wyrywało się do życia, bo nagle mu się przypomniało, że jest jeszcze tyle pięknych krajobrazów, przedmiotów, ludzi, na których musi popatrzeć.  A tymczasem przesłania je tęsknota.

Śpię. W krótkich momentach jak mgnienie, biorę kąpiel. Ale nawet wtedy zdaje mi się, że śpię. Moje sygnały są wątłe, a raczej już nie moje, tylko ciała, które nie chce ze mną się pogodzić. Zapada w sen zimowy, podczas gdy za oknem wiosna śpiewa coraz głośniej. Kwitnie czereśnia, którą posądzałam o jabłoń. Sąsiad kosi zieleń, której woń mnie uspokaja. A Morfeusz znowu przytula mnie mocno.

Na swój sposób mój stan bardzo mnie rozczula. Zasnąć z tęsknoty, aby nie tęsknić - nie umiem niczego mądrzejszego o tym napisać. Nigdy przedtem siebie takiej nie widziałam. Słaba, bez ochrony, naga i bezradna tak, że aż mnie mdli.  Wiem już, że przez cały ten czas coś we mnie umiera, a co innego się rodzi. Transformacja, której ból łagodzi sen. Bo moja tęsknota jest taka bezbronna. Dlaczego więc tak trudno mi ją zabić?

W piętnastym dniu otwieram oczy. Wielu rzeczy muszę się nauczyć. Nie wiem jeszcze tylko których.

Póki co myję okno i patrzę na Świat zdziwiona.
Jutro zaczynam się pakować.   

piątek, 13 maja 2011

Ei lá!

Hej Życie! Jakie jesteś czy nie jesteś, podaj mi rękę.
A ja już nigdy się od Ciebie nie odwrócę.


O bólu, który przeradza się w siłę.




Meu catendê ... de lá de China
Luante, meu catendê
Meu catendê ... de lá de China
Luante, meu catendê
Varre a voz o vendaval
Perdido no céu de espanto
Meu barco fere a distância
No disparo da inconstância
Me encontrei sem me esperar
Quanto mais o tempo avança
Mais me perco neste mar
E no rumo do segredo
Caminhei todo o caminho
Ei lá
Maré brava maré mansa
Ei lá
Vou na trilha da esperança
Ei lá
Vou no passo da alvorada
Ei lá
Mar amor enamorada
De segredo e de procura
Fiz do medo o meu amigo
E de força sempre pura
O meu canto se encontrou
E no fim da jornada
Vi meu canto crescer
Há tanto escuro na estrada
Esperando o sol nascer
Vou cantar pela vida
O meu canto de amor
Há tanta dor escondida
Tanto canto sem cantor
Ei lá
Maré brava maré mansa
Ei lá
Vou na trilha da esperança
Ei lá
Vou no passo da alvorada
Ei lá
Mar amor enamorada

niedziela, 8 maja 2011

Lubię II


Lubię ten stan
Kiedy słowo samo się kreśli  
Myślami w powijakach zaspanymi
Co nie dowierzają jeszcze że zaraz pępowinę od duszy odgryzą
sobie tylko własną poezją

Lubię ten stan
Kiedy niby-to-cisza dyktuje ręce ruch ostrzenia ołówka i papieru namaszczania
Bladego z braku treści
Lubię tę chwilę kiedy anioła stróża mego zakichaną mądralę
Do zagubionego diabła posyłam
I wolna od przykazań bluźnię, bałwochwalę czy Bogu dziękuję sam na sam

Lubię tę burzę
Zapytań przeklętych czy
Zaklęć pytających o

Metafory
Poranka, snu, świtu, nocy
Miłości platonicznej i cielesnej
Pokus i obłąkania z niepokoju co spać mi nie pozwalają
A o snach pisać karzą jednak...


…Lubię ten spokój
Kiedy już po wszystkim jest
I spod oka patrzę
Jak moje alter ego w ozłoconej ramie
Kolorowy szal wiąże wokół poplątanych włosów
Palcami o czerwonych paznokciach.



Lubię.
Znowu coś lubię.
Bo tak.