Moje zdjęcie
To, co uchwycone między poranną kawą, a senną przymkniętą powieką.

niedziela, 8 maja 2011

Lubię II


Lubię ten stan
Kiedy słowo samo się kreśli  
Myślami w powijakach zaspanymi
Co nie dowierzają jeszcze że zaraz pępowinę od duszy odgryzą
sobie tylko własną poezją

Lubię ten stan
Kiedy niby-to-cisza dyktuje ręce ruch ostrzenia ołówka i papieru namaszczania
Bladego z braku treści
Lubię tę chwilę kiedy anioła stróża mego zakichaną mądralę
Do zagubionego diabła posyłam
I wolna od przykazań bluźnię, bałwochwalę czy Bogu dziękuję sam na sam

Lubię tę burzę
Zapytań przeklętych czy
Zaklęć pytających o

Metafory
Poranka, snu, świtu, nocy
Miłości platonicznej i cielesnej
Pokus i obłąkania z niepokoju co spać mi nie pozwalają
A o snach pisać karzą jednak...


…Lubię ten spokój
Kiedy już po wszystkim jest
I spod oka patrzę
Jak moje alter ego w ozłoconej ramie
Kolorowy szal wiąże wokół poplątanych włosów
Palcami o czerwonych paznokciach.



Lubię.
Znowu coś lubię.
Bo tak.

sobota, 7 maja 2011

Oxalá, o Carnaval aconteça, oxalá!






Oxalá, me passe a dôr de cabeça, oxalá
Oxalá, o passo não me esmoreça;

Oxalá, o Carnaval aconteça, oxalá,
Oxalá, o povo nonca se esqueça;

Oxalá, eu não ande sem cuidado,
Oxalá eu não passe um mau bocado;
Oxalá, eu não faça tudo à pressa,
Oxalá, meu Futuro aconteça

Oxalá, que a vida me corra bem, oxalá
Oxalá, que a tua vida também;

Oxalá, o Carnaval aconteça, oxalá
Oxalá, o povo nunca se esqueça;

Oxalá, o tempo passe, hora a hora,
Oxalá, que ninguém se vá embora,
Oxalá, se aproxime o Carnaval,
Oxalá, tudo corra, menos mal




piątek, 8 kwietnia 2011

czwartek, 24 marca 2011

Cisza

Trwaj ciszo
W spokoju codziennym jak słońce 
Którym zaspana wiosna obłaskawia
Zmrożone serca

Trwaj ciszo taka pochlebna
Poszepcz mi jeszcze o harmonii względnej i powszedniej
I o tym
Że tak właśnie być powinno

Że to normalne
że szafy w pośpiechu nie zamknęłam
Że książkę gdzieś pozostawiłam
Otwartą na zdaniu co błyszczy jak niezapowiedziany dobry znak

Że to normalne
Że byle jak składam prześcieradło
Biodrem domykam szufladę
Od niechcenia
Że na podłodze siedzę i gołe mam nogi
Czy włosy w nieładzie

Że to normalne
Że w bezruchu gonię myśli palcem nie kiwając
Że peroruję, szaleję czy w różowych majtkach skaczę po tapczanie
W rytmie sobie tylko znanych dźwięków

Że to normalne
Że się tak nieprzyzwoicie zamyślam
Nad nową miłością zmarnowaną 
Że łzy gubię
Bo złamałam, zgubiłam, otarłam, krwawię
Że komfort mam łkania w dogodnych dla mnie chwilach


Trwaj Ciszo
Przemów do mnie  
I powiedz
Że te chmury które widzę na horyzoncie
Tylko mi się śnią

Że to normalne.





wtorek, 4 stycznia 2011

Rzecz o niepisaniu


Dla kogoś kto pisać umie i co najważniejsze – lubi, niemoc letargiczna, która pióra do ręki wziąć nie pozwala, a perspektywa otwarcia edytora tekstu napawa strachem, to katastrofa.
Moment, kiedy już czuję, że tym razem mi się uda, że dam radę pokonać własną słabość, na którą składa się milion rzeczy po drodze z łóżka do komputera, jest ulotny.  Nie potrafię wynaleźć sobie tej unikalnej i efemerycznej chwili, kiedy po prostu zakasuję rękawy i zasiadam pogrążona w sobie z głową spowitą watą cukrową myśli, które raz pomyślane i niezapisane, znikną na zawsze.
Paradoksem twórczym jest to, że najbardziej płodny moment to ten, kiedy powieka zaledwie musnęła poduszkę i nie może już się podnieść pod ciężarem spływającego snu. Wtedy właśnie rozpoczyna się ten słynny taniec myśli, syntez i refleksji, które nadlatują jak demony, pięknie przyodziane w najtrafniejsze sformułowania, związki frazeologiczne, poetyckie neologizmy, czy po prostu pojedyncze słowa, ale te najtrafniejsze. Ciało wtedy nie jest już sprzymierzeńcem, tylko zdradza uporczywie, egzekwując swoje prawo trybu.
Umysł, tak zależny od ciała, nie miota się tylko oszukuje – sam siebie. Czcze obietnice, że rano ręka, co spod kołdry nonszalancko wygląda, pierwsze co zrobi, to zapisze owe twory przedsenne. A jak nie rano, to w południe o kawie z pianką. Nie ma większej bzdury.

To pod osłoną nocy mikstura bulgocze. Tylko wtedy.