Moje zdjęcie
To, co uchwycone między poranną kawą, a senną przymkniętą powieką.

piątek, 15 czerwca 2012

Siła

Bądźcie ze mną.

Ten jeden raz.

niedziela, 6 maja 2012

Księżyc, kot i wino

AKT II

Siedze na tarasie i popijam wino. Palmy, morze, baseny, masaże, personel ubrany na biało pod kolor uśmiechu, slonce odbijające się w talerzach, natłok kolorowych przezroczystosci. W oddali ocean mieni się w spektaklu spienionej bieli i granatu, ekskluzywnie, tylko dla mnie.

Wokół moi niemieccy „współlokatorzy” pałaszują niedoprawiona sabusse i zapijaja czerwonym marokańskim winem rozcieńczonym, bez ich wiedzy, woda.

No me gusta comer sola. Dzwieczy mi to zdanie w glowie, jest niemal jak parafraza cytatu z jednego z filmow Almodovara; „no me gusta que escribas sobre mi”. Zawsze jak przemyka mi zdanie o jedzeniu w samotności, co ostatnio zdarza się dość często, przypomina mi się ta scena. Nie wiem, czemu.

Jem sama. Salatka, soczewica a la marocaine, która, nawet niezbyt swieza, sprawia, ze czuje się dobrze. Obok już czeka na mnie salatka we wczorajszym sosie tak zwanym francuskim oraz ciasto czekoladowe sprzed co najmniej tygodnia. Nie grymaszę, jestem po prostu głodna. Leżałam cały dzień na plaży, bez toalety i lustra, mam twarz i majtki w piasku, przeczytałam wlasnie ksiazke, która mna wstrząsnęła, po swojemu przezywam zaprzeszłość czasu przyszłego. Albo po prostu jestem tu najsamotniejsza.

Podobno intelektualne i kulinarne ekstazy znosi się lepiej w towarzystwie. O tym wiedza moi przyjaciele ze stolika obok, którzy rechocza glosno z czegos, co jeden z nich wlasnie wyszczekal. Po raz kolejny zachwycam się jezykiem niemieckim. Jest w człowieku taka perwersja, która sprawia, ze nawet jeśli cos jest potwornie obrzydliwe, obserwacja tegoz, sprawia mu przyjemność dziwna, masochistycznie łechcącą, łaskoczącą w zęby. Az sama mam ochote zaszczekac.

Zapalam jednak papierosa i reka macham do kelnera, który mnie ignoruje od samego początku. On już zna takie jak ja. Samotne blondynki, które wykupuja wczasy i szukaja przygodnych płytkich znajomości w wiadomym celu. Wśród personelu jest znany jako ten, który nigdy nie myli się, co do osadow nieszczesnych turystek. Wystarczy, ze spojrzy i wie, ze do czynienia ma z niezaspokojona zona, szczesliwa mezatka, czy z rozmiękła narzeczona, której luby wlasnie poddal się zbawiennemu pilingowi plecow w tutejszym spa. Albo z takimi, jak ja.

Podchodzi do mnie uśmiechając się głupawo, acz uprzejmie i z przyzwyczajenia szwargocze po niemiecku. Odpowiadam po francusku, czujac francowata satysfakcje. Widze zaskoczenie zamaszyście maskowane szerokimi gestami; a to sprzątnie talerz, a to wymieni popielniczke. Nie znecam się, grzecznie proszę o kawe. Po chwili, to co laduje przede mna, przypomina jakies straszne pomyje w kolorze starego gowna. Wiem, ze dyskusja na ten temat nie ma sensu. Postanawiam dopalic w spokoju papierosa, poprosic o butelke wina z bodegi ‘all inclusive’ i zmyc się do moich pseudoorientalnych apartamentow, kontemplowac to moje tutejsze wyobcowanie. Mam w glowie tyle pomysłów, tyle zdan, które na razie wydaja mi się warte, żeby je gdzies zapisac, nie pozwolic im odejść. Bo wiadomo jak to z nimi jest, niezapisane, przepadaja, kwestia refleksu, nie ma ze zapisze jutro, one sa jak dobre wspomnienia z wakacji w dzieciństwie, wiadomo ze były, cieplo się robi wokół serca myśląc o nich, ale istoty ubrac nie sposób w te same slowa, co kiedys tam.

Wstaje niezgrabnie, czuje ze w moich gestach widac te jakas bezradność, jakies dziwne zagubienie w stylu, ze kiedy znajdziesz się wśród idiotow, sama jedna jestes madra, bądź za taka się uwazasz, mimo to jest ci niewyraźnie, masz ochote teleportowac się czym prędzej, precz. Z nadmiaru fałszywej uprzejmości dosuwam krzeslo do stolika i ide w strone baru.

Tamze, sniady kelner napotyka mój wzrok i pyta, czym może służyć.

- chciałabym butelke wina na wynos.

Patrzy na mnie przez chwile budząc we mnie wrazenie, ze pierwszy raz w jego karierze ktos go prosi o cos takiego. Czekam jednak spokojnie na reakcje. Po dziwacznej chwili milczącego zdumienia, odchodzi na bok, w kat, w którym stoi drugi mu podobny, prawdopodobnie szef.

Grubsza sprawa, mysle i opieram się o bar. Pieka mnie ramiona nieznośnie, kręgosłup placze, jak już dawno mu się nie zdarzylo i nie pozwala mi się pochylic normalnie i znienacka. Zamyslam się, postawilam dzisiaj kropke nad i, tak nad tym wlasnie i, które tak dlugo tworzyłam, rzeźbiłam, polerowałam, kochałam. Bardzo strasznie bardzo. I teraz tak bardzo strasznie bardzo mnie boli. Wszyscy jesteśmy ofiarami naszych wlasnych oczekiwan, musze to predko zapisac gdzies, mysle, i jednoczesnie obserwuje, jak kelner zmierza w moim kierunku z butelka wina.

- otworzyc? – pyta z niesmakiem. Kiwam potakująco glowa. Slychac pykniecie.

- Proszę wcisnąć korek do polowy. – wypowiadam to już w formie rozkazu, bo nagle przestaje mieć ochote być mila.

- a może dostarczyc to wino pani do pokoju? – pyta, nagle się uśmiechając.

- a co? Chcesz je wypic razem ze mna? – tez się uśmiecham ale tak, żeby widac było, ze mam ochote miazdzyc, znieważać i zniknąć.

Znawca kobiet milknie. Chyba się nawet zarumienil, jeśli tubylcy wogole to potrafia.

- Kiedy tylko pani chce.

Biore butelke bez slowa i ide przez sale pelna dekoracji w strone wyjscia. Wśród nich dziwni ludzie, czerwoni, zbyt weseli, ci, którzy przybyli tu w steranych parach czy rodzinach, oraz ci drudzy, w milczeniu pochłaniający tak obfity posiłek, nie myśląc już nawet, o czym można by porozmawiac, wszystko już zostalo powiedziane, zasłużyliśmy na te cisze, proszę nie mecz mnie wiecej, nawet jeśli powiem, nie zrozumiesz.

Wychodze z restauracji i powoli zmierzam w strone pawilonu. Po drodze mijam kota. Jest piekny, czarny i niepokojaco zielonooki, a jego wzrok najbardziej rozumny spośród wszystkich spojrzen napotkanych mijającego dnia. Ma na szyi zawiazana kokardke z dyndającym dzwonkiem. Siedzi nieruchomo na murku, wlepia we mnie zielone slepia. Zatrzymuje się, żeby go podrapac za uchem, w odpowiedzi slysze zadowolone mruczenie.

- Hej maly – bąkam, głaszcząc go po miękkim grzbiecie – wiesz, ze jestes jedynym tutaj istnieniem, któremu powiem, ze wlasnie powiedziałam komus, kogo bardzo kocham, żeby sobie poszedł?

Kot pręży się pod moja dłonią i mruczy coraz głośniej. Podnosi oczy w niebo i nieruchomieje. Ide za jego kocim wzrokiem. Siedzimy tak przez chwile sztywno i patrzymy w ten sam punkt na niebie.

Księżyc jest dziś bardzo nisko, okrągły, srebrny, taki właśnie, jak zwykle, kiedy chce mi pokazać, jak bardzo nade mną czuwa i ze nigdy nie zostawi mnie samej.

piątek, 6 kwietnia 2012

piątek, 30 marca 2012

Estimado Diós

Estoy perdiendo mi fe...

...en mi.

piątek, 24 lutego 2012

Picie i pisanie

„Najmilsi moi! Przecież jestem dokładnie taki jak wy! Pamiętacie? – kiedy się ochłodziło dwudziestego marca, to przecież i ja zasłaniałem się ręką przed wiatrem, odwracałem głowę, chciałem, żeby było cieplej!”

 Oto głos rozumnego człowieka tkwiącego w absurdalnej rzeczywistości.

Odmawiać, pluć, chlać i śmiać się – oto sposób na walkę z pochłaniającą człowieka realnością ZSRR.
Kiedy człowiek zostawał sam i widział daremność podjętych wysiłków – padał wypruty i płakał.


czwartek, 9 lutego 2012

LOVE

Lie
Overdose
Vanity
Egoism

If you cannot leave me alone
Just let me go.

sobota, 28 stycznia 2012

O ludziach

Nie jestem fanką ludzi.
Odkąd mieszkam w domu z windą, radzę sobie bez nich jeszcze lepiej.

Ujmując temat nieco poważniej i mniej oględnie, faktycznie nie przepadam za ludźmi. A ironia losu, która niezmiennie objawia mi się każdego dnia i tym razem ze mnie w najlepsze drwi. Z niekłamanym podziwem dla mojego wyczynu, śmiało mogę stwierdzić, że w ostatnim czasie rzadko zdarzało mi się spędzać czas zgodnie z moją mroczną naturą, czyli samotnie. Od pół roku spotykam tego kwiecia w ilościach zatrważających, różnej maści i poglądów. Poniekąd na własne życzenie, poniekąd na życzenie innych.

Obserwacji multum, wymienionych słów, spojrzeń znaczących i nieznacznych jeszcze więcej, śmiechów do rozpuku i tych nad rozlanym mlekiem. Gęgań skacowanych, parujących wraz z ulatniającym się alkoholem, wzniosłych i pseudo elokwentnych „ąąąą ęęęę” po trzecim piwie, obijanie się o ściany, które pozostają pionowe niezależnie od ich umiejscowienia na mapie. W tym całym melanżu padło nawet jakieś trzeźwe wyznanie, które niczego poza chwilowym zamętem nie wniosło, nie wyniosło ani nie zaniosło. Może gdyby zostało popełnione po szóstym dziewiętnastym kieliszku, byłoby więcej warte. Mało lotny wniosek to taki, że bez względu na szerokość geograficzną, człowiek upija się tak samo i tak samo pieprzy bzdury. Ja je zaczęłam pieprzyć ostatnio nawet w kilku językach.

Kiedy połączyć powyższe ze zróżnicowanymi krajobrazami, jakie ma do zaoferowania nasza hojna Matka Natura, i które to cuda dane mi było zobaczyć, powąchać i pomacać, pozostaje mi tylko „achnąć” i oprzeć brodę w pretensjonalnym geście na mej szczupłej dłoni, po czym jeszcze pretensjonalniej zagapić się w moje brudne okno. Nie mam chyba ani jednego zdjęcia z owych awanturniczo-biznesowych tułaczek.

Do rzeczy jednak.
Jak już okiełznałam ten mały tłumek, który oprócz świeżości, wniósł w moje życie trochę smrodu, przysiadłam na zadku na około dwa miesiące. W tym oto momencie, pisząc te słowa, jednym okiem wodzę po ekranie, a drugim z niepokojem obserwuję korzenia, który wyrósł mi ze stopy i wrzyna się w parkiet. Jest to już pokaźnych gabarytów frędzel, który wlecze się za mną wszędzie, prowokując sytuacje bardziej lub mniej pocieszne.

Moja skłonność do dygresji i rozwlekania tematu kiedyś doprowadzi mnie do obłędu. Albo Was.

Do rzeczy zatem. Siedząc na tym moim wygodnym tyłku, mogłam poczynić obserwacje nieco bardziej stabilne, oparte na kontemplacji konkretnej lokalizacji i osobników ją zasiedlających, robieniu notatek, sporządzania nagrań z ukrytej kamery, analizy na szczypcach, pod mikroskopem, na dłoni, pod podeszwą. Zważywszy na to, że ostatnio pochłaniają mnie lektury o tematyce raczej niewesołej, wymownie rzutuje to na moje wnioski. A są one następujące:

1. Ludzie to bestie
2. Ludzie to bezmyślne bestie
3. Ludzie to bezmyślne, okrutne i zmanipulowane durnie

Jako że te trzy zagadnienia są tak od siebie odbiegające, proponuję pochylić się ze szczegółami nad punktem trzecim. Nie będzie jednak elaboratu, tylko z pozoru niewinne pytanie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Ani sformułować tak, by jego rozciągłość i budowa stylistyczna, przy zachowaniu wszelkich zasad i reguł poprawnej pisowni została zachowana. Żeby zatem potrzymać garstkę mniej lub bardziej wiernych odbiorców w niepokojącym zawieszeniu, zadam je w następnym odcinku. Może jeszcze w tym roku.
Tak, jestem cyniczna.