Moje zdjęcie
To, co uchwycone między poranną kawą, a senną przymkniętą powieką.

niedziela, 25 lipca 2010

wtorek, 13 lipca 2010

iQue Viva La Vida!

Wiosna, 2000 roku

Zbudziłam się rano z okropnym bólem głowy. Kiedy otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę, że to tak naprawdę nie głowa mnie boli. Bolałam siebie cała ja.

Dziękuję Ci Mamo, że otworzyłaś wtedy drzwi i mimo tego, że taka byłam beznadziejna, ładnie się wtedy do mnie uśmiechnęłaś.
- Wstawaj kochanie, idziemy.

Zwlekłam się byle jak i założyłam niebieską sukienkę. Mój Boże, mój Portos, gdzie jesteś kochanie, gdzie cię mam szukać, jak cię odnaleźć, jak poradzić sobie ze świadomością, a raczej z jej brakiem, że gdzieś tam może teraz w innym wymiarze tarzasz się w śniegu? Jak wejść do kuchni, w której już Ciebie nie ma? Którędy zapiąć tę cholerną sukienkę, którędy wyjść z pokoju, którędy iść, kiedy już z niego wyjdę…
Otworzyłam drzwi machinalnie.

Mamo, Tato, dlaczego to słońce tak jasno świeci, skoro mnie tak bardzo chce się płakać?

Nie zdążyłam Cię pożegnać właściwie. Nie umiałam się zachować wobec Ciebie tak, abyś te ostatnie chwile… Czy istnieje scenariusz ostatnich chwil?

Tata przytrzymał bramę, czekając aż się do niej dowlokę w mojej niebieskiej sukience. Jak miliony razy wychodziłam, zawsze patrzyłam w górę, w niebo. Tym razem mój wzrok powłóczył pięć minut za butami. I dzięki temu zobaczyłam w moim życiu coś, co mnie uspokoiło.

Na murku tuż przy bramie siedział ogromny, niebieski, piękny motyla stwór. Skrzydła w całej okazałości sarkastycznie na słońce wystawił. Na mój odruch, w jego mniemaniu – palucha wielkiego co skrzydełko jego tyrka – zareagował nihilizmem. Pławił się w promieniach żółtego do bólu promienia, całą swoją motylą postawą dawał do zrozumienia, że ów czas jest jego czasem, ów słońce jest jego słońcem i mój palec, który go musnął, jest właśnie tym brakującym pierwiastkiem jego spełnienia.
Nie uciekł w popłochu, nie zatrzepotał, tylko przycupnął, tak sobie, o, a jego barwy śmiały się do mnie przekornie.

Piękny byłeś, piękna była ta Twoja „przemiana”. Ale najpiękniejsze było to, co wtedy w Tobie zobaczyłam i zrozumiałam...

Quando la Vida se tremina, solo se acaba la biologia. El resto „sigue siendo”. Como una mariposa azul.

Dziękuję Ci Tato, że kupiłeś mi wtedy niebieskie okulary, przez które zobaczyłam, jak soczysty potrafi być błękit nieba.

c.d.n...

niedziela, 11 lipca 2010

czwartek, 1 lipca 2010

wtorek, 1 czerwca 2010

96 Cieni



Wiele rzeczy, prawd, doktryn mogę starać się zrozumieć, o wielu rzeczach pojęcia nie mam, mimo że czasem dążę, aby stan ten zmienić.
Tego powyżej nie zrozumiem nigdy, nawet chyba nie będę próbować, mimo że za każdym razem, kiedy na to patrzę, pęka mi serce.

Liczę jednak, że dowiem się kiedys, dlaczego własciwie czytając ów zapis, widzę w tle ruską papeterię...?

poniedziałek, 24 maja 2010

Parapet

Lubię
Kiedy się budzę
Stwierdzać znośną jak najbardziej bytu lekkość
Że
Nic mnie nie boli
A to co wczoraj bolało jest sobie tylko śniegiem zeszłorocznym
Przekopanym dołkiem archeologa
Włosami co ścięte dawno
Kruszą się gdzieś na zapleczu podupadłego teatru

Lubię
Tę poranną nadzieję
„Jeszcze bezgrzesznego dnia”
Dźwięk klamki okiennej
Co zwiastuje bryzę dokonań, planów i marzeń
Uśpionych jeszcze

Lubię
Zapach świeżej skóry
Czy włosów wczorajsze perfumy
Czy pościeli co ślady moich snów jeszcze nosi
Które poranny wiatr wyprasza przez uchylone okno


Dzisiaj to ja siedziałam na parapecie
I patrzyłam jak mój Anioł Zniechęcony Stróż
Spał i błogo śnił
W piernaty zakopany jak dziecko spocone

Skrzydłem owinięty
Przewracał się na drugi bok zasłużonej siesty
Marząc
Że to wszystko ze mną mu się tylko wydawało
A wkrótce czeka go poranek błogi
Na parapecie.

wtorek, 11 maja 2010

Strach przed Utratą

"Sądzę, że dla swej ucieczki Mały Książę wykorzystał odlot wędrownych ptaków. Rano przed odjazdem uporządkował dokładnie planetę. Pieczołowicie przeczyścił wszystkie wulkany. Miał dwa czynne wulkany. To się bardzo przydaje do podgrzewania śniadań. Miał też jeden wulkan wygasły. Ponieważ powtarzał zwykle: - Nic nigdy nie wiadomo - więc przeczyścił także wygasły wulkan. Jeśli wulkany są dobrze przeczyszczone, palą się powoli i równo, bez wybuchów. Wybuchy wulkanów są tym, czym zapalenie sadzy w kominie. Oczywiście my, na naszej Ziemi, jesteśmy za mali, aby przeczyszczać wulkany. Dlatego też sprawiają nam tyle przykrości. Mały Książę z odrobiną smutku wyrwał także ostatnie pędy baobabów. Nie wierzył w swój powrót. Wszystkie te codzienne prace wydawały mu się tego ranka szczególnie miłe. Kiedy po raz ostatni podlał różę i już miał ją przykryć kloszem, poczuł, że chce mu się płakać.

- Do widzenia - powiedział róży.

Lecz ona nie odpowiadała.

- Do widzenia - powtórzył.

Róża zakaszlała. Lecz nie z powodu kataru.

- Byłam niemądra - powiedziała mu. - Przepraszam cię. Spróbuj być szczęśliwy.

Zdziwił się brakiem wymówek. Stał, całkowicie zbity z tropu, trzymając klosz w powietrzu. Nie rozumiał tej spokojnej słodyczy.

- Ależ tak, ja cię kocham - mówiła róża. - Nie wiedziałeś o tym z mojej winy. To nie ma żadnego znaczenia. Ale ty byłeś równie niemądry jak ja. Spróbuj być szczęśliwy. Pozostaw spokojnie tę planetę. Nie chcę ciebie więcej.

- Ależ... przeciągi...
- Nie jestem już tak bardzo zakatarzona. Chłodne powietrze nocy dobrze mi zrobi. Jestem kwiatem..
- Ale dzikie bestie...
- Muszę poznać dwie lub trzy gąsienice, jeśli chcę zawrzeć znajomość z motylem. To podobno takie rozkoszne. Bo któż by mnie potem odwiedzał, gdy będziesz daleko... A jeśli chodzi o dzikie bestie, nie boję się nikogo. Mam kolce. - I naiwnie pokazała cztery kolce. Po chwili dorzuciła: - Nie zwlekaj, to tak drażni. Zdecydowałeś się odjechać.
Idź już!

Nie chciała, aby widział, że płacze. Była przecież taka dumna."

Antoine de Saint-Exupéry
"Mały Książę"