Moje zdjęcie
To, co uchwycone między poranną kawą, a senną przymkniętą powieką.

czwartek, 13 czerwca 2013

Victoria

Dobrym lekarstwem na ból… jest ból.

Jeszcze lepszym – pisanie o bólu w sposób bolesny, brutalny i prawdziwy, aczkolwiek bez niepotrzebnych uniesień, chłodno i beznamiętnie. Wiwisekcja na cierpiącego żywca tak, by szarpało, rzęziło i dławiło.

Jury konkursu jako pierwsze będzie miało zaszczyt poczytać sobie, o tym przez co przyszło mi kiedyś przebrnąć, z czym się zmierzyć i, jak zwykle, wygrać.
Bo ja zawsze wygrywam. Jak zwykle.


[…] W 10 miesiącu apokalipsy zdecydowałam odstawić prochy i ograniczyć wino. Zaraz po tej decyzji poczułam lęk. Lęk beznadziejny, szarpiący, od którego nie da się uciec, o specyficznej sile rażenia i porażenia.
To pod osłoną nocy moja duma cierpi najbardziej, jakoś wyraziściej i brutalniej odczuwa odrzucenie, z którym przyszło jej się zmierzyć. Kiedy słońce zachodzi i zapada ciemność, zdaje się, że zdrowieć musi od nowa, że tak naprawdę przebłyski powracającej samoakceptacji były tylko złudzeniem.
Najbardziej porażający strach to ten przed czarną, przewracaną w zmiętych poduszkach nocą oraz refleksyjną 3 rano. Ta wizja działała na mnie i moje zmysły tak paraliżująco, że dłuższą chwilę siedzę na brzegu łóżka, zanim decyduję się zgasić światło. Wytrzymuję parę minut.
Słodki niebyt, ta umiłowana po tylu miesiącach kojąco bezmyślna czerń, w którą zapadałam pół godziny po przełknięciu, ma od teraz zostać zastąpiona przez przeraźliwie wyrazisty koloryt smoły, która w ciemności świeci i cuchnie wszystkim, co we mnie złe i zranione, upokorzeniem, brudem zaschniętej krwi, niemocą. I to wszystko na trzeźwo.
Mój Boże, co za ból. […]

niedziela, 5 maja 2013

czwartek, 18 kwietnia 2013

yo no soy fría, soy desagradablemente sentimental.


Dzisiaj do moich drzwi zapukali niemal jednocześnie dwaj bardzo bliscy sobie ludzie. W kolejności odwrotnej do tej zaszłej i rzeczywistej.
Najpierw nawinął się Tabucchi, a zza niego wychylił Pessoa. Poczułam się jak w objęciach Mamy.
Zniknę na chwilę w Snach o Snach rodem z Księgi Niepokoju.

A jednak Portugalio. Dopadasz mnie, metodyką dziwną , na swój sposób zabawną.

Jeśli uda ci się mnie udomowić, uwieść i przytrzymać, by zatrzymać - będzie to jeden z bardziej nietypowych przypadków.

Potwierdzenie, dla tych, którzy czytają. Najlepsze pozycje i tłumaczenia, świadczące o tym, że czytelnik stawiał wyzwania, a wydawnictwa brały je pod uwagę, datują na lata dziewięćdziesiąte. Z tłumaczeniami różnie bywa, czasem denerwują. Treść jednak – smakuje wybornie. W księgarniach po nich - ani śladu. Pozostaje grzebanie, śledzenie, dopytywanie, przypadek.

O radości ze zdobycia obydwu pozycji nie muszę wspominać. O cenie również. 

  

wtorek, 26 marca 2013

niedziela, 17 marca 2013

Be lenient, I'm an idiot.

Miałam ostatnio taką oto rozmowę.

Będąc w stanie anormalnym, pod wpływem i bez sensu, wybełkotałam półgębkiem historię, która zaważyła ciężko na moim życiu w sposób, którego konsekwencje były z gatunku tych wstrząsających dziejami ludzkości. W moim przekonaniu rzecz jasna. Bo ja ciągle dużo o tym sądzę, najczęściej coś w stylu, że historiozofia nie da temu rady, filozofowie, terapeuci, salowe i księgowe oraz inni spece od ludzkiej natury NIGDY tego nie rozkminią.

W każdym razie.

Odbiorcą tych moich bełtów była jedna flądra równie wstawiona, ale przytomnie oceniającą cudzą rzeczywistość. No i ja jej tam „tutu-rutu”, a ona tak patrzy na mnie, tak patrzy i patrzy, ja kończę, ona ciągle się patrzy, więc ja milknę i też się patrzę, ale na nią i czekam, jak każdy zbolały interlokutor- śmiertelnik na jej reakcję.

No więc patrzy na mnie i w końcu wyrzuca z siebie pytanie proste, acz pozornie podszyte kompletnym brakiem zrozumienia:

- Anno M. – wycedziła. – czy ciebie kompletnie pojebało?

Na to ja jej się odgryzłam czymś w stylu:

- eeee…?

Nic. Dalej się patrzy i mnie, k**wa, denerwuje. W końcu rozwija kwestię i tym samym przewraca mój światopogląd, następnie wbija w niego tępy tasak i patroszy go krwawo, krewko i nieodwracalnie:

- Banał. Jest wiele takich idiotek, jak ty. Broń się.

Nakryłam się nogami, krzesłem, kuflem i popielniczką pełną petów. A potem wstałam, otrzepałam się i...

- Dziękuję! – zdążyłam jeszcze krzyknąć w jej stronę i pobiegłam zmieniać świat. Mój świat.



Od tamtej pory Anna M. czuje się lepiej i zaczęła malować paznokcie na miętowo, dwa sezony po fakcie.

A tak serio, to jutro ruszają zajęcia, a ja oprócz tego, że się cieszę jak wariocki wariot, to się boję, że nie wytrwam. Ale i tak wytrwam, nawet jeśli nie wytrwam. HOWGH.

Pa.

P.S. rysuneczki w trakcie tworzenia, całkiem już ich sporo :)



niedziela, 10 marca 2013