Demony też nie.
czwartek, 20 września 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Basta
Istnieje taki wymiar bólu, który trudno jest opisać. Tym jest to trudniejsze, jeśli ów ból uderza znienacka i ze źródła czerpanej dotąd siły.
Nie będę się rozwodzić nad tym długo, i tak nie znajduję już ani pół wersu, ani półsłówka, czy wątłej monosylaby, żeby jakoś ten ból pokazać, wypluć czy go wyrzygać.
Skurwysynem też nikogo nie nazwę, bo tym samym obraziłabym matkę, która, mam powody przypuszczać, chyba się starała.
Nie kopnę, nie opluję, nie przeklnę.
Jedynie wkrótce zapewne wybaczę, z nadzieją, że już nigdy nie będę miała do czynienia.
Póki co, staram się wrócić do siebie i po raz pierwszy dociera do mnie, że sama raczej sobie nie pomogę. Albo zmieniłam się ja, albo wszystko wokół jest inne.
Przestań ironizować życie i daj żyć.
Nie będę się rozwodzić nad tym długo, i tak nie znajduję już ani pół wersu, ani półsłówka, czy wątłej monosylaby, żeby jakoś ten ból pokazać, wypluć czy go wyrzygać.
Skurwysynem też nikogo nie nazwę, bo tym samym obraziłabym matkę, która, mam powody przypuszczać, chyba się starała.
Nie kopnę, nie opluję, nie przeklnę.
Jedynie wkrótce zapewne wybaczę, z nadzieją, że już nigdy nie będę miała do czynienia.
Póki co, staram się wrócić do siebie i po raz pierwszy dociera do mnie, że sama raczej sobie nie pomogę. Albo zmieniłam się ja, albo wszystko wokół jest inne.
Przestań ironizować życie i daj żyć.
środa, 1 sierpnia 2012
pa pa
Pożegnałam dzisiaj widok z okna, jakiego nigdy wcześniej nie
miałam.
Jutro odfrunę niby jak zwykle, ale, tymczasem, po raz
ostatni.
Brukselko debilna w chromach i kolorach,
Kojarzyć mi się będziesz z absurdalnym stresem nie wartym
zamętu, czworokątną samotnością na życzenie i z ładnym widokiem oraz z beznadziejnymi
złudzeniami, które pozwoliły mi odkryć siebie groteskowo zazdrosną i poznać
uczucia bycia jedną z wielu, nieważnych i postronnych, tymczasowych.
Jesteś mistrzynią szarości. Nie wiem, jak to możliwe, że tubulcy, ci prawdziwi, którzy prawie nie istnieją i ci z nabycia, z lubością malują swoje ściany na biało. Szarość do potęgi spotęgowana. Odwieczny turkus i karmin to intruzy.
Ale.
Zapamiętam mini księgarnię i jej kudłatego
właściciela, spacery z Viniciusem i Tarikiem, St Gilles-Mon-Amour, multi-wszechobecność
wszystkich tutaj bardziej lub mniej przypadkowych ludzi, rue Americaine i jej
bary pourris, gofry, których nigdy nie spróbowałam, zielone parki dotleniające moje
przepalone płuca i bieg sprintem po nierównym bruku.
Heritage de Carillan, Les Corbieres, w chwilach skrajnej rozpaczy – Añoranza.
No i przede wszystkim dziki sen. Tak moi drodzy, Bruksela przysłużyła się tej mojej
słabości bardzo. Zgrozę budzące zatrzęsienie znaków Wszechświata, które mnie
zmyliły, ucząc tym samym paranoicznej nieufności.
Śmierć Marata, na którą to gapiłam się za 8 euro, jak gdyby
to było jakieś arcydzieło.
Marolles.
Cafe Portugal, Duke, Bistro des restos z widokiem na nigdy-nie-poznanego-sąsiada,
Red Monkey, Tagine z rodzynkami, po którym bolał brzuch, muzeum Horta, w którym
nigdy nie byłam, ceny z Marsa i grad w okna.
Deszcz, deszcz, deszcz.
I znowu deszcz.
Nie wyrzucaj sobie Brukselko.
Nie Twoją winą jest, że
zaludniają cię ludzie głupio bogaci o boskich aspiracjach. Pachnący,
zakleszczeni w garnitury. Ja nie z nich.
Moja zdrada ów zaawansowanej w postępie cywilizacji została zdemaskowana.
Nowa cywilizacja wymaga poddaństwa i szerokiego uśmiechu w sytuacjach,
delikatnie ujmując, niedorzecznych. Niniejszym mnie unieszkodliwiono i
odizolowano, zapewniając bilet w jedną stronę i inne luksusy.
Moje uczucia w dobie libertyńskiej perswazji doczekały się
milczącej reakcji, pełnych zdegustowania i dezaprobaty, też milczących.
Libertyn libertynem, ale od mężczyzny różni się tym, że potrzebuje tworu w
postaci sekretarki. Najlepiej żeby była z plasteliny, ale za to z tak zwanym „charakterem”.
Ów „charakter”, czy raczej jego siła, objawia się w postaci godnego
pozazdroszczenia wyczucia w dobieraniu koloru papieru toaletowego do
kafelek w łazience, bądź też w subtelnym wyrażaniu własnego zdania na tematy, o
których nie ma się pojęcia.
Sekretarka ma być blond o spojrzeniu owocowej galaretki i w swej
uroczej naiwności uległa. Humor dopisujący, żeby nie wiem co. Uśmiech perlisty
i gotowy. O niewyczerpanych pokładach podziwu.
No i znowu się nie sprawdziłam.
Ale grzecznie pakuję brudną, czerwoną walizkę, czasem połknę
łzę z oka prawego, a czasem z lewego.
Zamykam drzwi, żeby otworzyć drzwi.
Na moje nieokiełznane szczęście, odkąd pamiętam, otrzymuję
tak ogromny ładunek miłości, że jej siła chroni mnie po dziś dzień. Z czymś
takim, wszystko, co niemożliwe, nie istnieje.
Ot, cała tajemnica.
piątek, 15 czerwca 2012
niedziela, 6 maja 2012
Księżyc, kot i wino
AKT II
Siedze na tarasie i popijam wino. Palmy, morze, baseny, masaże, personel ubrany na biało pod kolor uśmiechu, slonce odbijające się w talerzach, natłok kolorowych przezroczystosci. W oddali ocean mieni się w spektaklu spienionej bieli i granatu, ekskluzywnie, tylko dla mnie.
Wokół moi niemieccy „współlokatorzy” pałaszują niedoprawiona sabusse i zapijaja czerwonym marokańskim winem rozcieńczonym, bez ich wiedzy, woda.
No me gusta comer sola. Dzwieczy mi to zdanie w glowie, jest niemal jak parafraza cytatu z jednego z filmow Almodovara; „no me gusta que escribas sobre mi”. Zawsze jak przemyka mi zdanie o jedzeniu w samotności, co ostatnio zdarza się dość często, przypomina mi się ta scena. Nie wiem, czemu.
Jem sama. Salatka, soczewica a la marocaine, która, nawet niezbyt swieza, sprawia, ze czuje się dobrze. Obok już czeka na mnie salatka we wczorajszym sosie tak zwanym francuskim oraz ciasto czekoladowe sprzed co najmniej tygodnia. Nie grymaszę, jestem po prostu głodna. Leżałam cały dzień na plaży, bez toalety i lustra, mam twarz i majtki w piasku, przeczytałam wlasnie ksiazke, która mna wstrząsnęła, po swojemu przezywam zaprzeszłość czasu przyszłego. Albo po prostu jestem tu najsamotniejsza.
Podobno intelektualne i kulinarne ekstazy znosi się lepiej w towarzystwie. O tym wiedza moi przyjaciele ze stolika obok, którzy rechocza glosno z czegos, co jeden z nich wlasnie wyszczekal. Po raz kolejny zachwycam się jezykiem niemieckim. Jest w człowieku taka perwersja, która sprawia, ze nawet jeśli cos jest potwornie obrzydliwe, obserwacja tegoz, sprawia mu przyjemność dziwna, masochistycznie łechcącą, łaskoczącą w zęby. Az sama mam ochote zaszczekac.
Zapalam jednak papierosa i reka macham do kelnera, który mnie ignoruje od samego początku. On już zna takie jak ja. Samotne blondynki, które wykupuja wczasy i szukaja przygodnych płytkich znajomości w wiadomym celu. Wśród personelu jest znany jako ten, który nigdy nie myli się, co do osadow nieszczesnych turystek. Wystarczy, ze spojrzy i wie, ze do czynienia ma z niezaspokojona zona, szczesliwa mezatka, czy z rozmiękła narzeczona, której luby wlasnie poddal się zbawiennemu pilingowi plecow w tutejszym spa. Albo z takimi, jak ja.
Podchodzi do mnie uśmiechając się głupawo, acz uprzejmie i z przyzwyczajenia szwargocze po niemiecku. Odpowiadam po francusku, czujac francowata satysfakcje. Widze zaskoczenie zamaszyście maskowane szerokimi gestami; a to sprzątnie talerz, a to wymieni popielniczke. Nie znecam się, grzecznie proszę o kawe. Po chwili, to co laduje przede mna, przypomina jakies straszne pomyje w kolorze starego gowna. Wiem, ze dyskusja na ten temat nie ma sensu. Postanawiam dopalic w spokoju papierosa, poprosic o butelke wina z bodegi ‘all inclusive’ i zmyc się do moich pseudoorientalnych apartamentow, kontemplowac to moje tutejsze wyobcowanie. Mam w glowie tyle pomysłów, tyle zdan, które na razie wydaja mi się warte, żeby je gdzies zapisac, nie pozwolic im odejść. Bo wiadomo jak to z nimi jest, niezapisane, przepadaja, kwestia refleksu, nie ma ze zapisze jutro, one sa jak dobre wspomnienia z wakacji w dzieciństwie, wiadomo ze były, cieplo się robi wokół serca myśląc o nich, ale istoty ubrac nie sposób w te same slowa, co kiedys tam.
Wstaje niezgrabnie, czuje ze w moich gestach widac te jakas bezradność, jakies dziwne zagubienie w stylu, ze kiedy znajdziesz się wśród idiotow, sama jedna jestes madra, bądź za taka się uwazasz, mimo to jest ci niewyraźnie, masz ochote teleportowac się czym prędzej, precz. Z nadmiaru fałszywej uprzejmości dosuwam krzeslo do stolika i ide w strone baru.
Tamze, sniady kelner napotyka mój wzrok i pyta, czym może służyć.
- chciałabym butelke wina na wynos.
Patrzy na mnie przez chwile budząc we mnie wrazenie, ze pierwszy raz w jego karierze ktos go prosi o cos takiego. Czekam jednak spokojnie na reakcje. Po dziwacznej chwili milczącego zdumienia, odchodzi na bok, w kat, w którym stoi drugi mu podobny, prawdopodobnie szef.
Grubsza sprawa, mysle i opieram się o bar. Pieka mnie ramiona nieznośnie, kręgosłup placze, jak już dawno mu się nie zdarzylo i nie pozwala mi się pochylic normalnie i znienacka. Zamyslam się, postawilam dzisiaj kropke nad i, tak nad tym wlasnie i, które tak dlugo tworzyłam, rzeźbiłam, polerowałam, kochałam. Bardzo strasznie bardzo. I teraz tak bardzo strasznie bardzo mnie boli. Wszyscy jesteśmy ofiarami naszych wlasnych oczekiwan, musze to predko zapisac gdzies, mysle, i jednoczesnie obserwuje, jak kelner zmierza w moim kierunku z butelka wina.
- otworzyc? – pyta z niesmakiem. Kiwam potakująco glowa. Slychac pykniecie.
- Proszę wcisnąć korek do polowy. – wypowiadam to już w formie rozkazu, bo nagle przestaje mieć ochote być mila.
- a może dostarczyc to wino pani do pokoju? – pyta, nagle się uśmiechając.
- a co? Chcesz je wypic razem ze mna? – tez się uśmiecham ale tak, żeby widac było, ze mam ochote miazdzyc, znieważać i zniknąć.
Znawca kobiet milknie. Chyba się nawet zarumienil, jeśli tubylcy wogole to potrafia.
- Kiedy tylko pani chce.
Biore butelke bez slowa i ide przez sale pelna dekoracji w strone wyjscia. Wśród nich dziwni ludzie, czerwoni, zbyt weseli, ci, którzy przybyli tu w steranych parach czy rodzinach, oraz ci drudzy, w milczeniu pochłaniający tak obfity posiłek, nie myśląc już nawet, o czym można by porozmawiac, wszystko już zostalo powiedziane, zasłużyliśmy na te cisze, proszę nie mecz mnie wiecej, nawet jeśli powiem, nie zrozumiesz.
Wychodze z restauracji i powoli zmierzam w strone pawilonu. Po drodze mijam kota. Jest piekny, czarny i niepokojaco zielonooki, a jego wzrok najbardziej rozumny spośród wszystkich spojrzen napotkanych mijającego dnia. Ma na szyi zawiazana kokardke z dyndającym dzwonkiem. Siedzi nieruchomo na murku, wlepia we mnie zielone slepia. Zatrzymuje się, żeby go podrapac za uchem, w odpowiedzi slysze zadowolone mruczenie.
- Hej maly – bąkam, głaszcząc go po miękkim grzbiecie – wiesz, ze jestes jedynym tutaj istnieniem, któremu powiem, ze wlasnie powiedziałam komus, kogo bardzo kocham, żeby sobie poszedł?
Kot pręży się pod moja dłonią i mruczy coraz głośniej. Podnosi oczy w niebo i nieruchomieje. Ide za jego kocim wzrokiem. Siedzimy tak przez chwile sztywno i patrzymy w ten sam punkt na niebie.
Księżyc jest dziś bardzo nisko, okrągły, srebrny, taki właśnie, jak zwykle, kiedy chce mi pokazać, jak bardzo nade mną czuwa i ze nigdy nie zostawi mnie samej.
piątek, 6 kwietnia 2012
piątek, 30 marca 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)
